piątek, 19 kwietnia 2013

Legenda rebelii

Oto książka dla czytelników przygotowanych na bardziej złożony tekst, bardziej wyrafinowany język i niełatwą problematykę, skierowana jest powieść Legenda. Rebeliant, pierwszy tom cyklu amerykańskiej pisarki Marie Lu. To bardzo wyrazista, plastyczna dystopijna wizja przyszłości z tak modnego ostatnio gatunku fantastyki (inne przykłady tego typu prozy to Igrzyska śmierci Suzanne Collins, Gone Michaela Granta czy Więzień Labiryntu Jamesa Dashnera). Mamy zatem świat w totalnej rozsypce, wojny, totalitaryzmy, brud, smród, nędzę i ubóstwo. Walkę o byt i upadek więzi społecznych, kastowość i rządy siły. Świat jest niszczony kataklizmami i konfliktami zbrojnymi, epidemiami i powszechną degradacją środowiska. Od wewnątrz ludzie niszczeni są nienawiścią, ideologią totalitarną, podziałem na kasty, pogardą dla słabych, chorych, obdarzonych „złymi genami”. W tym świecie ludzie biedni i słabi są przeznaczeni do „wykorzystania” przez elity. Ważniejsze jednak niż opis owej ponurej przyszłości wydaje się w Rebeliancie śledzenie losów głównych bohaterów, June i Daya, poznawanie ich świata wewnętrznego, przemyśleń i stopniowej przemiany. Obserwowanie ich dojrzewania, odczuwanie ich emocji, wnikanie w motywacje. Na to właśnie położyła szczególny nacisk Marie Lu. Autorka świetnie poradziła sobie z ukazaniem złożonych osobowości młodych, wchodzących szybko w dorosłość ludzi. Książka napisana jest na tyle dobrze, że i osoba dorosła może ją czytać z przyjemnością. Ta dojrzała proza porusza poważne problemy, wzrusza, zachęca do przemyśleń. To wizja spójna, przemyślana, umożliwiająca czytelnikowi identyfikowanie się z niebanalnymi bohaterami. 


czwartek, 18 kwietnia 2013

Ride the lightning!


Kiedyś Metallica na koncertach często oznajmiała, że skopią ludziom dupę. Potrafią też to robić z odtwarzacza CD. Ta płyta tak potrafi napakować kopniaków w dupsko, że puchnie aż miło.
Na początku album robi to bardzo szybko. Zero jakiejkolwiek litości, a to za sprawą Fight Fire With Fire. Oczywiście nie jest to jeden taki kawałek na płycie. Trapped Under Ice, czy Ride The Lightning sprawią, że przez tydzień nie będziemy w stanie usiąść. Wszystkie kawałki prezentują się bardzo okazale: szalone riffy, odjechane solówki, wściekłe bębny. No prawie wszystkie... Zdarzył się chłopakom jeden taki burak, jakim jest Escape ? refren wspaniały, ale utwór w ogóle nie trzyma się kupy. Słuchając zwrotek albo zakończenia mam wrażenie, że oglądam jakąś denną polską telenowelę. A najlepsza kompozycja na płycie? Bez wątpienia Creeping Death. Zabójczy riff! Później ciekawa zmiana tempa i... znowu ten riff. Mój tyłek ledwo to wytrzymuje!
Jest i ballada! Pierwsza ballada, jaką Metallica nagrała - Fade To Black. Utwór opowiadający o utracie sensu życia, samobójstwie. Przejmujący, dołujący, piękny.
Należałoby wspomnieć jeszcze o dwóch kawałkach, które wprowadzają w (zwłaszcza w nocy) niesamowity klimat. For Whom The Bell Tolls ? te dzwony? czysta poezja! No I instrumental The Call Of Ktulu. Spokojny początek, wariacki środek I epicki koniec, a do tego te tłumione wrzaski ? można się przestraszyć.
 

 

Iron Maiden - Powerslave


To nie mógł być zły album. Ten sam "klasyczny" skład, ten sam producent, to samo studio... Dodatkowo panowie podkręcili trochę tempo i jeszcze bardziej zmetalizowali brzmienie. Pod tym względem "Powerslave" może spokojnie konkurować o miano najostrzejszego albumu grupy. Mamy jednak do czynienia z dziełem dosyć nierównym, gdzie kawałki wybitne współistnieją z co najwyżej średnimi czy wręcz słabymi.
Zacznijmy jednak od swoistego Fab Four tej płyty. Powala już genialny, szybkostrzelny otwieracz - "Aces High" autorstwa Harrisa. Kawałek traktuje o lotnikach RAF-u biorących udział w bitwie o Anglię i muzyka doskonale współgra tu z tekstem. Niemal widzi się walczące w powietrzu myśliwce, Bruce jak zwykle śpiewa na nieosiągalnym dla zwykłych śmiertelników poziomie, a gitarzyści nie odpuszczają ani na moment. "2 Minutes To Midnight" Smitha i Dickinsona to Maiden w bardziej przebojowym wydaniu. Kompozycja z klasycznym dziś już riffem i zmuszającym niemal do wspólnego śpiewu refrenem, choć tekst też delikatnie mówiąc niewesoły - groźba zagłady nuklearnej... Wokalista skomponował samodzielnie utwór tytułowy, z kroczącym riffem, pełną dramatyzmu partią wokalną, niezwykle atmosferyczną częścią środkową nawiązującą niejako do poprzedniego dzieła Dickinsona - "Revelations" z "Piece of Mind" i mrocznym tekstem, który miał się okazać dla grupy wręcz proroczy...
Creme de la creme "Powerslave" to jednak "Rime Of The Ancient Mariner", kompozycja basisty, niemal zgodnie uważana za jego najwybitniejsze, epickie dzieło. Kawałek oparty jest na kanwie poematu angielskiego poety doby romantyzmu Samuela Taylora Colleridge'a pod tym samym tytułem. Tekst stanowi streszczenie owego dzieła, ale pojawiają się też cytaty. Muzycznie jest oczywiście bezbłędnie i genialnie, mimo że całość trwa ponad 13 minut, co jest do dziś nie pobitym rekordem długości u Maiden! Mamy tu taki Maiden w pigułce, wszystkie charakterystyczne elementy ich stylu zamknięte w ramach tej jednej kompozycji, a więc galopujący riff, unisona, przyspieszenia i gitarowe pojedynki. Wszystko to na absolutnie genialnym poziomie, a to zwolnienie z majestatycznym basowym riffem i melodeklamacją Dickinsona - także bezdyskusyjny majstersztyk!

 

wtorek, 16 kwietnia 2013

Dream theater

"Atom Heart Mother", "Echoes", "Gates of Delirium", "Close To The Edge", "Firth of Fifth", "2112", "Lady Fantasy"... Można by długo wymieniać dobre kawałki z płyty Change of Seasons zespoły Dream Theater. Szeroko pojęty rock progresywny od zawsze ciążył w stronę długich, rozbudowanych, wielowątkowych utworów, czego efektem były m.in. wymienione przed chwilą monumentalne kompozycje - dziś już absolutna klasyka gatunku. Po upływie niemal dwóch dekad od złotej ery prog-rocka trzeba nie lada odwagi, aby zaproponować słuchaczom 23-minutową suitę, gdyż trudno uniknąć porównań z gigantami. Ale panowie z Dream Theater nieraz już udowodnili, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych...
 Ta płyta to zwycięska konfrontacja muzyków DT z legendą, i to niejedną. To pokazanie, że są w stanie dorównać swoim mistrzom i inspiracjom, a zarazem piękny hołd złożony tymże. Warto też dodać, że od "ACOS" zaczęła się kilkuletnia przygoda z zespołem wybitnego klawiszowca Dereka Sheriniana, który większe uznanie zdobył jednak dzięki solowym projektom, które polecam wszystkim miłośnikom grania "ostrego, ale nieco inaczej". W zasadzie najlepiej podsumowuje ten album sam LaBrie, śpiewając pod koniec "Big Medley" fragment hitu Genesis - "Turn it on, turn it on again!". Mnie nie trzeba dwa razy powtarzać - puszczam od początku.



poniedziałek, 15 kwietnia 2013

SLASH!!!


Paul Hudson, 44-letni brytyjski gitarzysta o artystycznym pseudonimie Slash, który w swojej długiej karierze muzycznej brał udział w wielu projektach, w 2010 miał okazję zaprezentować swój pierwszy solowy album. Krążek zatytułowany po prostu "Slash" to istna mieszanka wybuchowa gatunków muzycznych. Do nagrania materiału znajdującego się na płycie Slash zaprosił wiele znakomitości sceny rockowej, takich jak Ozzy Osbourne, czy Dave Grohl, a także artystów poruszających się w całkowicie odmiennych kręgach muzycznych, m.in. Fergie (Black Eyed Peas) oraz raperów z Cypress Hill.
Już od pierwszych taktów utworu "Ghost", który rozpoczyna album słychać wyraźnie styl i kunszt Slasha. Potężne, przesterowane gitarowe brzmienie znane jeszcze z końcówki lat 80-tych, kiedy to Slash był gitarzystą prowadzącym w Guns N' Roses, idealnie wprowadza nas w klimat płyty. Kolejne kompozycje, takie jak "By The Sword", nawiązujące do stylu Led Zeppelin z lat 70-tych, czy też klasyczne "Crucify The Dead" wykonane z Ozzy'm Osbourne'm udowadniają, że Slash zdecydowanie nie "zawiesił gitary na kołku", że nadal pozostaje w czołówce najlepszych współczesnych gitarzystów. Wrażenie robi z pewnością utwór "Sahara" nagrany z japońskim wokalistą, Koshi Inaba. Bas z gitarą prowadzącą tworzą w owym kawałku idealną całość, budując tym samym głębokie, ciepłe i nieco eksperymentalne brzmienie. Slash doskonale posługuje się gatunkami i stylistykami, widać jego wieloletnie doświadczenie, czego najlepszym przykładem jest cover utworu dawnego Guns N' Roses "Paradise City", który Slash wraz z Fergie oraz zespołem Cypress Hill wykonali w zupełnie odmiennej aranżacji. W nagranie to, nadal osadzone w rockowych klimatach, zostały bowiem idealnie wplecione elementy amerykańskiego rapu prezentowanego przez muzyków z Cypress Hill, a także popowa wokaliza Fergie. Innym ważnym utworem na płycie jest instrumentalny "Watch this", w którym Slash, Dave Grohl oraz Duff McKagan prezentują swoje wirtuozerskie popisy. Dobitne i głębokie brzmienie perkusji oraz bogate w ostry shred partie gitary solowej nadają utworowi zaiste psychodelicznego charakteru. Kompozycja ta może śmiało pełnić rolę wizytówki promującej całość albumu. Najsłabiej, o ile w ogóle można tak stwierdzić, wypada duet z Adamem Levinem (Maroon 5) przy wykonaniu utworu "Gotten". Prawdę mówiąc nie do końca pasuje do reszty materiału znajdującego się na krążku. Owa ballada, lekka i nieco melancholijna nie tworzy z resztą utworów spójnej całości.
"Slash" to zdecydowanie jedna z najciekawszych pozycji muzycznych. Krążkiem tym brytyjski gitarzysta pokazuje, że muzyką można się zarówno bawić, jaki pchnąć ją na nowe tory, by móc nieustannie eksploatować z niej coś nowego i zaskakującego. Łatwo odnaleźć w kompozycjach Slasha i towarzyszących mu artystów radość i spontaniczność, które towarzyszyły muzykom przy nagrywaniu materiału. Żyjąca legenda muzyki rockowej albumem tym dokłada cegiełkę do fundamentów swojej długoletniej, rockowej kariery.


sobota, 13 kwietnia 2013

Foo fighters i Wasting Light. Czyli upadek Ikara...


Otwierający album "Bridge Burning" to jazda bez trzymanki. Śmierdzi punk rockiem i tanim winem. Jak każde, w kartonie czy w butelce, kończy się szybko. Zanim nasza wątroba strawi pierwszy trunek, zespół bombarduje nas singlowym "Rope". Ospały początek nie zwiastuje wielkiego przeboju. Aczkolwiek, każdy spożyty alkohol zaczyna działać po pewnym czasie... tak jest i w tym przypadku. Z każdą sekundą utwór nabiera rozmachu. Rozpędza się niczym stara parowa lokomotywa. Żywiołowo wykrzyczany refren i klimat rodem z Them Crooked Vultures (przyp. hardrockowa supergrupa, w skład której wchodzi Dave Grohl) powinien przypaść do gustu zarówno fanom Nirvany, FF jak i wspomnianego TCV.
Następnie zostaje nam zaserwowane "Dear Rosemary". To zaiste przepełniona smutkiem i bólem kompozycja. "False starts young hearts get shattered. Pick up the pieces coming down around you. You ran away, you ran away; it was right on cue" - fragment, który na długo zapada w pamięć. Serce się kraje i dusza płacze. Mimo to mamy możliwość obcować z czymś niezwykle hałaśliwym. Delikatne brzdękanie szybko zostaje złamane energicznym przejściem na perkusji Taylora Hawkinsa. Fenomenalny riff na gitarze i fragment "You got away, got away..." zaśpiewany delikatnie pod refren "Burning For You" zespołu Blue Oyster Cult. Kapitalnie! Czuć rocka lat 80-tych. Całość robi niesamowite wrażenie. Głos Dave'a zachowuje się niczym wulkan podczas erupcji. Opętańczy, a zarazem niezwykle ekspresyjny wprowadza nas w świat muzycznej ekstazy. Jest ogień!
Patrzę ukradkiem na playlistę. Pod "czwóreczką" kryje się "White Limo". Skończyła się zabawa w kotka i myszkę. Zespół pokazuje lwi pazur. Utwór bez wątpienia ociera się o heavy metalową estetykę. Jest bezkompromisowo i okrutnie. Fightersi zachowują się jak seryjni mordercy! Bez dwóch zdań jest to killer tej płyty. Do niego też postanowiono nakręcić teledysk. I to nie byle jaki, bowiem w rolę kierowcy limuzyny FF wcielił się Lemmy Kilmister. Ten jednak nie uraczy naszych uszu swoim przepitym wokalem. Przejażdżka, jaką funduje nam Lemmy nie jest tak elektryzująca, jak legendarny wypad na czarnym dwuśladzie w "Killed By Death" (przyp. Motorhead). Jest dobrze, ale bez fajerwerków. Mniejsza o klip, wróćmy do muzyki. Kolejny utwór zdecydowanie różni się od poprzedniego. "Arlandria" zaskakuje swoją melodyjnością i skocznością. Tylko spokojnie. Panowie nie zaczynają grać weselnych szlagierów. Track no.5 to idealnie wyważona strawa. Połączyć tak drapieżny gitarowy riffy z refrenem delikatnie lawirującym na pograniczu popu - majstersztyk!
Pomyślałem - rzeczywiście nagrali arcydzieło. Ale, jak mawia stare ludowe przysłowie, "nie chwal dnia przed zachodem słońca". Też tak uczyniłem. Czekam na kolejną porcję muzycznego eliksiru. Ten jednak przestaje działać. Na mojej twarzy pojawia się zniesmaczenie. Właściwie w tym momencie mógłbym zakończyć pisanie recenzji. Ale jak to? Gdzie pozostałych sześć utworów? W zasadzie mogłoby ich nie być. Pomijając wzruszający "I Should Have Known It" (z udziałem Krista Novoselica), żaden z nich nie zasługuje na głębszą analizę. Mamy tu do czynienie z nudnawą zbieraniną dźwięków. Brakuje geniuszu z początku płyty. W rezultacie słuchacz dostaje jakieś 25 minut muzycznej wyżerki. Pozostały czas wypełniony zostaje bezsensownym waleniem w gary i niezdarnym uderzaniem w struny. Oklepane, balladowe wstawki w "Theese Days" czy "Walk" psują widowisko.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Ozzy - Blizzard of Ozz


Rozstanie Ozzy'ego Osbourne'a z Black Sabbath wyszło korzystnie dla obu stron. Zarówno albumy Sabbath nagrane z Ronniem Jamesem Dio, jak i pierwsze solowe dokonania ich byłego wokalisty przyniosły znacznie bardziej udany materiał niż ten, który znalazł się na ostatnich wspólnych albumach - "Technical Ecstasy" i "Never Say Die!". Osbourne'owi udało się zebrać świetny skład doświadczonych muzyków: basista Bob Daisley i klawiszowiec Don Airey grali wcześniej w Rainbow a perkusista Lee Kerslake w Uriah Heep. Najmniej doświadczony wydawał się Randy Rhoads, wcześniej występujący w mało znanej grupie Quiet Riot. Okazał się jednak fenomenalnym gitarzystą - to właśnie on najbardziej błyszczy na "Blizzard of Ozz".
Album otwiera przebojowy heavy metal w postaci "I Don't Know" z łagodnym przejściem w drugiej połowie. Riff z "Crazy Train" jest bardzo charakterystyczny, ale wydaje się być pozbawiony właściwego dla niego ciężaru i mroku. Zresztą Rhoads nigdy nie był fanem Black Sabbath. Największe zaskoczenie przynosi "Goodbye To Romance" - spokojna ballada w beatlesowskim duchu. Następujący po nim "Dee" to akustyczna miniaturka potwierdzająca talent Randy'ego. Kontrastem dla niej jest ostry "Suicide Solution", z budzącym kontrowersje tekstem, będącym przez niektórych odczytywany jako zachęta do samobójstwa.
Drugą stronę otwiera mroczny klawiszowy wstęp, zaproszenie do opus magnum albumu - utworu "Mr Crowley", wyróżniającego się najlepszą na albumie linią wokalną Osbourne'a i genialnymi solówkami Rhoadsa. Banalny "No Bones Movies" to z kolei najsłabszy punkt. Nie do końca zachwyca też ballada "Revelation (Mother Earth)" i szybki "Steal Away (the Night)". Lepiej wypada dołączany w reedycjach, chwytliwy "You Lookin' at Me Lookin' at You" - oryginalnie strona B singla "Crazy Train".
Skoro mowa o reedycjach - w 2002 roku zostało wydane kontrowersyjne wznowienie "Blizzard of Ozz", na którym wszystkie partie Daisleya i Kerslake'a zostały zastąpione nagranymi przez ówczesną sekcję rytmiczną Ozzy'ego - Roberta Trujillo i Mike'a Bordina. Na szczęście na reedycji z 2011 roku przywrócono oryginalne ścieżki, dorzucono też dwa dodatkowe, wcześniej nieznane utwory - alternatywną wersję "Goodbye to Romance" oraz "RR", czyli kolejną miniaturkę Rhoadsa.
Od dawna "Blizzard of Ozz" uznawany jest za klasykę ciężkiego rocka. Jest to także najmocniejsza pozycja w dyskografii samozwańczego Księcia Ciemności, który do dzisiaj na koncertach sięga najchętniej do utworów z tego właśnie krążka ("I Don't Know", "Crazy Train", "Suicide Solution", "Mr Crowley" i "Goodbye to Romance"). Równie liczną reprezentacje ma tylko "Paranoid", czyli dzieło z czasów Black Sabbath.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Menetetty aika

Dla Iron Maiden trasa promująca album "Powerslave" była gigantycznym sukcesem, uwieńczonym wydaniem jednej z najlepszych koncertowych płyt wszechczasów "Live After Death". Niestety okazała się również niezwykle wyczerpująca dla członków grupy, a zwłaszcza dla Bruce'a Dickinsona. Po ponownym zebraniu się w celu nagrania kolejnego premierowego materiału stało się jasne, że nie wszystko wygląda różowo... 
Dickinson nie został bowiem uwzględniony jako współautor żadnej z kompozycji na "Somewhere In Time". Przyczyną były różnice muzyczne między wokalistą a resztą grupy,co zresztą stało się zarzewiem konfliktu, który miał w przyszłości doprowadzić do radykalnych zmian w składzie...
Adrian Smith i Steve Harris z niewielką pomocą Dave'a Murraya zdecydowali się poeksperymentować trochę z syntezatorami gitarowymi zachowując jednocześnie stylistykę Iron Maiden. Zmiana ta okazała się jednak dość zaskakująca, ponieważ o ile rzeczywiście styl grupy nie uległ zmianie, to jednak dośc radykalnie zmieniło się brzmienie. Syntezatory, nie pozbawiając muzyki Iron Maiden ostrości, nadały jej jednak niespotykaną dotąd przestrzeń i rozmach. Po raz kolejny jednak nie udało się jednak skompletować w pełni udanego zbioru piosenek.
Wyróżnia się na pewno otwieracz. W tym wypadku jest to "Caught Somewhere In Time" skomponowany przez Harrisa. Wita nas brzęczeniem syntezatora gitarowego, ale gdy rusza główny riff, nie mamy wątpliwości - Maiden w pełnej krasie. Bruce wydaje się być tu w znakomitej formie wokalnej, a o współpracy wioślarzy także można mówić w samych superlatywach. Kapitalne solówki - to kolejny wyróżnik płyty. Każda niezwykle melodyjna i zapamiętywalna, każda zapada w pamięć, każdą można zanucić. Jak chociażby we wspomnianym już "Caught...", gdzie wioślarze staczają ze sobą długi i pasjonujący pojedynek gitarowy, być może najlepszy w całej karierze grupy!

"Somewhere In Time" wydaje się być albumem może nie idealnym, ale co najmniej dobrym, no i stanowi świetną rozgrzewkę przed kolejnym już absolutnie doskonałym dziełem Brytyjczyków - "Seventh Son Of A Seventh Son".


piątek, 5 kwietnia 2013

Jumalan ääni

Niezależnie od opinii na temat pisarstwa Jacka Soboty, jedno trzeba mu przyznać, jest to proza naprawdę oryginalna. „Głos Boga”, w sporej części złożony ze znanych wcześniej opowiadań, może czytelnika zmęczyć – zarówno stylem skrajnie zwięzłym, spiętrzeniem śmierci i okaleczeń, jak i nietypową konstrukcją – tradycyjnie pojmowana liniowość praktycznie tu nie występuje. Ważne fakty podawane są tak, że trzeba je sobie poskładać samodzielnie, a i tego nie sposób nazwać zadaniem najłatwiejszym. Jest kilka opowiadań, a w nich – kolejne opowiadania, wszystko razem spajające się w spójną całość dopiero bliżej końca. Owa całość zaś to brutalna, choć napisana z dystansem i ironią, wizja nie bez przyczyny kojarząca się z Nowym Testamentem. Ważnym motywem książki są tortury, a także służąca ich zadawaniu wyrafinowana maszyneria – i wydaje się, że właśnie katowskimi przyrządami potraktował Sobota Ewangelię i cały swój, nie zawsze do niej nawiązujący, świat. Szkoda tylko, że istną torturą dla oczu jest okładka – pozycja tak, mimo wad, wyjątkowa.



Jää alkaen Dukaj

Za oryginalne science fiction uważa się często takie, które elementem science czyni dziedzinę dotąd przez pisarzy nieeksplorowaną. Najdłuższa pozycja w dorobku Jacka Dukaja bez wątpienia łapie się do tej kategorii. Lód pozwala spojrzeć na siebie nie tylko jako na fantastykę naukową, w której naukową cząstką jest historiozofia, ale i jako na science fiction pisane z perspektywy końca XIX wieku.
Rzecz zaczyna się w roku 1924, ale w realiach, w których pierwszej wojny światowej nie było, więc wciąż przypominają te z poprzedniego stulecia. Wielki konflikt nie wybuchł, bo historia „zamarzła”: skutki upadku meteorytu tunguskiego były poważniejsze i ciekawsze niż w naszej rzeczywistości. Katastrofa sprawiła bowiem, że sporą część Ziemi opanował tytułowy Lód i tajemnicze istoty lub byty zwane lutymi, przez co dzieje niejako zatrzymały się w miejscu. W takim uniwersum, we wciąż trwającym rosyjskim zaborze, żyje Benedykt Gierosławski – młody matematyk, przyjaciel i współpracownik Alfreda Tajtelbauma (pierwsze nazwisko Tarskiego), a przy tym klepiący biedę lekkoduch. Żyje, choć już w pierwszym zdaniu książki wyraża podejrzenie, że nie istnieje, co ma dla treści kluczowe znaczenie. Tak czy inaczej, zmuszony jest wybrać się w okolice katastrofy, a po drodze spotyka Teslę, Rasputina i Piłsudskiego, snuje filozoficzno-logiczne rozważania o prawdzie, kłamstwie i pozorach, wpływa na losy świata, a niekiedy ledwo unika śmierci.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Taistelu valtaistuimelle.


Wszyscy znają chyba serial Gra o tron (na marginesie właśnie rusza 3. sezon), jednak mało kto sięgnął po książkę na podstawie której powstał scenariusz tej mega-produkcji. Cykl Pieśń Lodu i Ognia opisuje losy królestwa Westeros, w którym po śmierci króla wybuch wojna o władzę. W grze o tron uczestniczy siedmiu królów z różnych rodów (Robb Stark, Król zza Muru - Meance Ryder, Stannis Bratheon, Renly Bratheon, wspierany przez Lanisteró Joffrey Bratheon, Balon Greyjoy oraz Daenerys Targaryen - dokładne opisy bohaterów znajdziecie tutaj - http://chomikuj.pl/Grizzly-57/LITERATURA/Epika/Piesn+lodu+i+ognia+-+George+R+R+Martin/Glowni+bohaterowie) George R. R. Martin stworzył wspaniały świat pełen bitew, knowań, intryg pojedynków oraz małych i wielkich romansów. Podobnie jak Tolkien nie ograniczył się jedynie do wykreowania samych postaci, ale opisał całą historię Westeros i zamieszkujących je rodów. Naprawdę polecam całą serię, a ci, którzy nie przepadają za czytaniem na pewno zadowolą się serialem.



Mapa Westeros


Vittu järjestelmä !!!

System of a Down. Na temat tego zespołu można debatować godzinami, jednak ja postaram się streścić to co najważniejsze. System powstał w dużej mierze przez przypadek. Serj Tankian grał na keyboardzie w zespole, który dzielił salę prób z zespołem, w którym grał Daron Malakian. Obydwaj chodzili do szkoły Rose and Alex Pilibos, ale znali się tylko ze słyszenia, jednak szybko zauważyli, że mają wiele wspólnego i postanowili założyć własną grupę. System of a Down wydał do tej pory 6 albumów: System of a Down, Toxicity, Steal This Album, The B-sides, Mezmereize i Hipnotize. Podczas nagrywania Toxicity odrzucone i niezremiksowane kawałki wyciekły do sieci pod nazwą Toxicity II, zespół w odpowiedzi nagrał je ponownie wydając Steal This Album. Jednak, gdy sytuacja się powtórzyła i  w internecie pojawiły się niewykorzystane utwory ze Steal This Album, grupa postanowiła utworzyć z nich krążek pod tytułem The B-sides.




poniedziałek, 25 marca 2013

Toy seikkailu

Toy Wars, książka Andrzeja Ziemiańskiego, przyciąga ciekawym pomysłem na głównego protagonistę.
Toy, bo tak ma na imię główna bohaterka, nie miała w życiu lekko. Była dręczona przez koleżanki w domu dziecka, później została niewolnicą Triad i zmuszono ją do uprawiania nierządu na owianej złą Sex Side. Jej los odmienił się dopiero, gdy prywatny detektyw Mr. Iceberg odkupił ją od Triad i adoptował. Przybrany ojciec pozostawił dziewczynie pokaźny majątek, jednak Toy otrzyma go tylko jeśli do pełnoletności utrzyma się z działalności prywatnego detektywa. Bohaterka postanawia zostać najemniczką i  dołącza do przeklętej kompani Pata Dantego. Polecam serdecznie...

niedziela, 24 marca 2013

Loki - Shot enkelit


Dzisiaj o ciekawym pomyśle na książkę fantasy. Jakub Ćwiek postanowił połączyć dwa zupełnie różne światy, a następnie zalać to wszystko popkulturowym sosem. Tak więc Anioły wypowiadają wojnę pogańskim bogom, szatan szykuje apokalipsę, Bóg odchodzi w nieznane, a w środku tego zamieszania ląduje nordycki bóg kłamstwa - Loki. Ten stworzony przez Ćwieka diametralnie różni się od tego znanego z filmów Marvela. Loki wygląda jak wokalista zespołu rockowego, pije szkocką i drinki z parasolką, pali blanty, tryska czarnym humorem rodem z Pulp Fiction i wykonuje czarną robotę na zlecenie zastępów anielskich. Cykl Kłamca to zbiór opowiadań luźno spiętych głównym wątkiem fabularnym - wojną Aniołów z Demonami. Polecam szczególnie amatorom czarnego humoru i bohaterów mających wszystko gdzieś.


Onko paras paras?

Zazwyczaj albumy z cyklu "THE BEST OF" są beznadziejne. Na The best of Metallica są tylko oklepane kawałki oraz chyba wszystkie możliwe wersje Unforgiven. Patrząc na album Better Motorhead than Death nachodzą cię myśli samobójcze bo z istnego bezmiaru dobrych kawałków na płytę trafiły może trzy. Jednak i od tej zasady jest wyjątek - The best of Guns'n Roses (lub Guns'n Roses - Greatests Hits). Mój zachwyt tą składanką wynika zapewne z faktu, że na płycie pojawiły się moje ulubione ballady: Paradaise City, Knockin On Heavens Door, November Rain oraz Civil War.



sobota, 23 marca 2013

Novellikokoelmia

Dzisiaj o dwóch zbiorach opowiadań. Pierwszy z nich to dość kontrowersyjna i skrytykowana przez kręgi kościelne antologia Jakuba Ćwieka - Gotuj z papieżem. Bohaterami tytułowego opowiadania są dwaj studenci: początkujący literat Robal i Remek - grafolog amator. Pewnego dnia, chłopacy otrzymują w spadku list od papieża do wujka Robala, oraz karton egzotycznych przypraw. Co można zrobić z tak marnym dziedzictwem? Sprzedać? Oddać muzeum? Schować do szuflady? Bohaterowie opowiadania wpadli na lepszy pomysł, postanowili sfałszować całą korespondencje Jana Pawła II z nieżyjącym wujkiem i wydać... książkę kucharską. Robal i Remek stają u progu wielkiej sławy, gdy nagłe okazuje się, iż z napisanej przez nich książki wynika, że Papież Polak był kanibalem. Pechowcy wplątują się przez to w aferę z udziałem nawiedzonych misjonarzy, telewizji, moherowych beretów oraz tajemniczej agencji do spraw ratowania kościoła. Jak to się skończy? Zobaczcie sami...


Drugą antologią na którą chciałbym zwrócić uwagę jest Świat jet pełen chętnych suk autorstwa Jacka Piekary. We wszystkich opowiadaniach pojawia się źle rozumiana, bądź wykorzystywana do własnych celów miłość. Wszystkie historie są okraszone nutką fantastyki. Czymś w rodzaju tematu pobocznego są przemiany bohaterów, zawsze gwałtowne i pełne. Szczególnie polecam opowiadanie tytułowe oraz Zielone pola Avalonu, które ukazuję zaskakujące losy przeklętego Lancelota.



wtorek, 19 marca 2013

Tutustua James

Zastanawiałem się, czy na pewno wypada mi pisać o tej książce, jednak uznałem, że tytułu tak niepowtarzalnego i bezprecedensowego zabraknąć tu nie może.
O jaką książkę chodzi? Mowa o przygodach Jakuba Wędrowycz - najsłynniejszego polskiego bimbrownika i kłusownika oraz domorosłego egzorcysty-amatora. Wędrowycz posiada oryginalnych przyjaciół, jak choćby Semena, ponadstuletniego weterana wojny mandżurskiej, białogwardzistę wciąż przywiązanego do carskich tradycji. Pozostali znajomi Jakuba to m.in. Józef Paczenko, Tomasz Cieśluk, Jan Grądkowski, Paweł Skorliński i ksiądz Wilkowski.
Cykl o Wędrowyczu to tak naprawdę zbiór niepowiązanych ze sobą opowiadań autorstwa Andrzeja Pilipiuka.


poniedziałek, 18 marca 2013

Inkvisiittori

Na ciekawy i jakże śmiały pomysł wpadł Jacek Piekara, otóż polski pisarz postanowił osadzić akcję swojej powieści w świecie w którym Jezus po ukrzyżowaniu postanowił... zejść z krzyża i ogniem oraz mieczem wymierzyć sprawiedliwość niewiernym.
Głównym bohaterem cyklu opowiadań Piekary jest inkwizytor Świętego Oficjum i Jego Ekscelencji biskupa Hez-Hezronu - Mordimer Madderdin, człowiek o niezwykłych zdolnościach, który stara się za wszelką cenę dotrzeć do prawdy. Wierny wierze i oddany sprawie o którą walczy. Oprócz standardowych umiejętności inkwizytora potrafi również widzieć umarłych i podróżować do nie-świata.
Mordimer wraz z towarzyszami: parą zabójców - bliźniaków oraz Kostuchem przemierza ziemie Świętego Imperium spełniając swą inkwizytorską powinność.
Z grubsza fabuła, sposób narracji i zarys głównego bohatera przypominają Wiedźmina Sapkowskiego, pozbawionego jednak ciętego dowcipu oraz zawiłych wątków pobocznych.
Cykl Inkwizytorski stanowi tak naprawdę zbiór zebranych chronologicznie opowiadań, które wprowadzają nas w coraz to mroczniejsze intrygi. Do tej pory wydano 8 części cyklu, a w planach są następne 3 (niedługo ukaże się Czarna śmierć - 9 tom cyklu)
Uważam, że ta powieść jest naprawdę godna polecenia, szczególnie tym, którzy poszukują choćby namiastki Wiedźmina.


Metalli sisään ooppera

Dzisiaj album, który nie wszystkim przypadnie do gustu - S&M zespołu Metallica.


Jest to nic innego jak płyta koncertowa zespołu Metallica zawierająca najpopularniejsze nagrania zespołu, nagrana w 1999 z orkiestrą symfoniczną z San Francisco pod batutą Michaela Kamena. 
Album wieńczą dwa dodatkowe utwory: No Leaf CloverHuman.





niedziela, 17 marca 2013

Hyvä kirja taas!

Mało kto zna inne serie Andrzeja Pilipiuka niż opowiadania o Jakubie Wędrowyczu (genialne zresztą) czy Dzienniki Norweskie. Ale "Wielki Grafoman" (bo tak Pilipiuk zwykł się nazywać) stworzył jeszcze jeden cykl - Oko Jelenia. 
Akcja powieści rozpoczyna się się w czasach współczesnych (XXI wiek). W stronę Ziemi leci rój meteorów antymaterii, ludziom na ratunek zostaje zaledwie kilka godzin. Nauczyciel informatyki – Marek, pomaga bitemu nastolatkowi Staszkowi. Gdy wydaje im się, że zaraz zginą, spotykają kosmicznego wędrowca – Skrata (kolekcjonera wiedzy unicestwionych cywilizacji, który potrafi przenosić ludzi w przeszłość). Obaj zgadzają się zostać jego niewolnikami.
Do szesnastowiecznej Norwegii zostaje przeniesiony sam Marek. Łasica Ina wskrzesza go do życia na podstawie zapisów "scalaka" (rodzaju pamięci) i wyznacza mu zadanie – odnaleźć Alchemika Sebastiana, a następnie Oko Jelenia. Pomóc w wykonaniu zadania ma mu spotkana po drodze szlachcianka Hela, pochodząca z XIX wieku. W trakcie wędrówki spotykają katolickiego księdza Jona, który wędruje po rządzonym przez znienawidzonych Duńczyków kraju odprawiając potajemne msze dla nielicznych katolików. Wędrowcy zostają jednak zdradzeni i po krótkim procesie ksiądz zostaje spalony na stosie, a Hela oddana katu (który wykonywał wyrok) "w rozliczeniu". Główny bohater uznany za martwego zostaje wrzucony do jaskimi z trupami, losu Heli nie zna.
Tak rozpoczynają się przygody Mistrza Marka i jego kompanów. W między czasie główny bohater wplątuje się w sprawy Hanzy i konflikt z przybyłymi z przyszłości... Chińczykami.
Naprawdę zachęcam do przeczytania Oka Jelenia



Vihreä music

Dziś ponownie album muzyczny, tym razem najnowszy krążek Rise Againist - Endgame. 
Rise Against to amerykański zespół muzyczny, grający rodzaj hardcore punka, tzw. melodyjny hardcore. Założony w 1999 w ChicagoIllinois. Wszystkie trzy albumy, wydane przez wytwórnie Geffen, pokryły się platyną w Kanadzie i złotem w Stanach Zjednoczonych. Członkowie zespołu uznają prawa zwierząt, wspierają organizacje PETA, są weganami oraz straight edge (poza Brandonem).




sobota, 16 marca 2013

Hyvä kirja!

Dzisiaj omawiamy nie album muzyczny a książkę. Dlaczego? To już siódmy post i mam ponad 60 wyświetleń na karku ( o 50 więcej niż się spodziewałem), więc uznałem, że czas na małą odmianę.

Na pierwszy ogień idzie seria Jarosława Grzędowicza - "Pan Lodowego Ogrodu". Jest to jedna z ciekawszych polskich propozycji na scenie fantastyki z pogranicza science-fiction i fantasy. 

Akcja książki rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości, ludzkość po odkryciu napędu nadprzestrzennego wyruszyła na poszukiwanie nowych planet. Odkryto między innymi Midgaard, planetę jakby żywcem wyrwaną z nordyckich legend. Zamieszkuje ją gatunek bardzo podobny do ludzi, różniący się od mieszkańców Ziemi tylko szczegółami takimi jak wielkość tęczówek oczu, czy liczba zębów. Składa się on z różnych nacji różniących się językiem, kulturą i zwyczajami, takich jak Ludzie Wybrzeża, Kireneni, Amitraje, Kebiryjczycy, Ludzie Ziemi Ognia, Ludzie Węże. 

 Główny bohater, Vuko Drakkainen, wyrusza tam w celu odnalezienia zaginionej ekipy badawczej oraz zbadania pewnego tajemniczego zjawiska, bowiem przełożeni Vuka uważają, iż na Midraagrdzie istnieje magia. Tymczasem rutynowa misja okazuje się śmiertelną pułapką, główny bohater wplątuje się w wojnę bogów i gdyby nie jego sprzymierzeńcy i Cyfral - pasożytnicza hybryda grzyba i super komputera Drakkainen mógłby nie wyjść z tego cało. 

Naprawdę polecam, wciąga od pierwszych stron.



czwartek, 14 marca 2013

Täällä mennään ja Seether

Zespołem godnym polecenia jest na pewno Seether. To zespół z RPA, który umiejętnie łączy grunge i hard rock. Nie mam ulubionego albumu w dyskografii tego zespołu, każdy czymś zaskakuje, każdy jest wyjątkowy. Jeśli jednak miałbym wybrać te najlepsze byłyby to Disclaimer II, Finding Beauty In Negative SpacesFragile i Karma & Effect. Zacznijmy od Disclaimer II, jest to trzeci album zespołu Seether, w nagraniach gościnnie wystąpiła Amy Lee z Evanescence, udzielając swojego głosu w piosence "Broken". Album otrzymał platynową płytę.






poniedziałek, 11 marca 2013

Vihdoin noin Alice In Chains - Alice In Chains

Napisałem po prostu to co było w mojej głowie, te teksty są luźne. Pieprzyć to. Potrafię napisać dobrą muzykę, a jeśli czuję się dobrze i chce mi się śmiać, to się śmieję. W tych utworach nie ma jakiejś głębokiej podświadomości. To po prostu obraz tego co się dzieje w mojej głowie. Mieliśmy takie momenty kiedy było dobrze, ale mieliśmy też takie chwile kiedy było źle. Napisaliśmy po prostu o byciu człowiekiem przez kilka miesięcy
Layne Staley

Tak jak obiecałem dzisiaj zabieramy się za Alice In Chains mój ulubiony album Alice. Album został nagrany w małym studiu Bear Crick. Była to niewielka chatka położona na brzegu jeziora, w którym żyły setki żab. Muzycy postanowili nagrać ich głosy i wykożystać później w utworze Nothing Song. Większość materiału została nagrana przez Cantrella w okresie kiedy przygotowywał on muzykę na swój pierwszy solowy album. Ze względu na panujący mroczny oraz depresyjny klimat, płyta bardzo często uznawana jest za kontynuację bardzo dobrze przyjętego albumu Dirt. Na utwory zostały utrzymane w ciężkim metalowym klimacie z domieszką psychodeli i "brudnego" grungeowego brzmienia.



I na koniec wspomniane żaby:

niedziela, 10 marca 2013

Edelleen noin Alice

Pierwotnie krążek sfinansowaliśmy sobie sami, zanim wybraliśmy się z nim do wydawcy, ponieważ gdybyśmy ostatecznie uznali, że nie brzmi to wystarczająco dobrze, zawsze moglibyśmy wyciągnąć przysłowiową wtyczkę i nie być zobowiązanym wobec jakiejkolwiek wytwórni do wypuszczenia czegokolwiek na rynek. Może zabrzmi to dziwnie i bardzo zapobiegawczo, ale nie chcieliśmy nadszarpnąć dobrego zdania na temat naszej dotychczasowej spuścizny wypuszczając słaby album. Także wszystko robiliśmy metodą małych kroczków
Mike Inez

Dokończmy temat Alice In Chains i Black Gives Way To Blue to czwarty studyjny album grupy z Seattle i zarazem trzeci na liście moich ulubionych krążków Alice (pierwsze miejsce zajmuje Alice In Chains, ale o nim opowiem na końcu) Co ciekawe na płycie pojawił się Elton John, który zagrał na fortepianie w tytułowym utworze (był to hołd jego i zespołu dla Layne'a Staleya). 



A na koniec zapraszam na pahuksen dni klasowe 1A, temat - helvetin science - fiction....



sobota, 9 marca 2013

Puhun Alice




Nie zadzwonili do nikogo innego, tylko do mnie. Zapytali czy nie odszedłbym od Ozzy’ego i nie przyjechał do nich. Byłem wtedy od szesnastu miesięcy w trasie z Ozzym. I po dwóch tygodniach przerwy ruszyłem w kolejną szesnastomiesięczną trasę, tym razem z Alice in Chains.
 Mike Inez


Zostanę przy wątku Alice In Chains. Weźmy pod lupę następny album - Dirt. Wiele osób uważa go za najgorszy album Alice, ale według mnie to naprawdę fajna płyta. Została nagrana w przerwach w trasie koncertowej... Ozzyego Osborne. Alice In Chains występował wtedy jako suport na koncertach Ozzyego.
Wtedy też do zespołu dołączył Mike Inez, którego chłopaki z Seattle podkradli Osborneowi.



A na marginesie znalazłem genialny cover pewnego znanego utworu...


piątek, 8 marca 2013

Joukkue vitun - Alice In Chains


"Wszystkie riffy oraz pomysły na utwory są naprawdę fajne. To jest bardzo agresywne brzmienie, i to wszystko. Słychać jest echa dawnego Alice. Ja, Mike oraz Sean wiąż jesteśmy w tym zespole. Staramy się tworzyć zarówno nowe elementy, łącząc je ze starymi, z którymi jesteśmy kojarzeni. William wnosi do zespołu ciekawe pomysły. Zaczęliśmy więc pisać i tworzyć nowe rzeczy, w oparciu o stary zespół..."
Jerry Cantrell


Alice In Chains to ostatnimi czasy mój ulubiony zespół, szczególnie przypadły mi do gustu trzy albumy: Dirt, Alice In Chains oraz Black Gives Way To Blue. Dziś opowiem o tym ostatnim, BGWTB jest albumem wydanym po długiej przerwie i bardzo różni się od poprzednich płyt zespołu - jest bardziej awangardowy i pełno w nim nowych brzmień. O dziwo mimo zmiany wokalisty i wielu eksperymentów Alice In Chains nie straciło ducha...

Mike Inez - bas


Na maj 2013 zaplanowano premierę nowego albumu Alice - The Devil Put Dinosaurs Here
Ponieważ dzisiaj rozpoczynam prowadzenie tego bloga zamieszczam pierwszy wpis...

Zdjęcie z pogo na MuszlaFest 2012

Zacznijmy od jednego z najlepszych festiwali grodu nad Brdą - MuszlaFest. Ten zeszłoroczny obfitował w dobre, bydgoskie zespoły i był jednym z najfajniejszych w ostatnich latach.
 Na deser, dla wytrwałych, wystąpił uPSIDE dOWN - genialna bydgoska kapela punkowa