Otwierający album "Bridge Burning" to jazda bez trzymanki. Śmierdzi punk rockiem i tanim winem. Jak każde, w kartonie czy w butelce, kończy się szybko. Zanim nasza wątroba strawi pierwszy trunek, zespół bombarduje nas singlowym "Rope". Ospały początek nie zwiastuje wielkiego przeboju. Aczkolwiek, każdy spożyty alkohol zaczyna działać po pewnym czasie... tak jest i w tym przypadku. Z każdą sekundą utwór nabiera rozmachu. Rozpędza się niczym stara parowa lokomotywa. Żywiołowo wykrzyczany refren i klimat rodem z Them Crooked Vultures (przyp. hardrockowa supergrupa, w skład której wchodzi Dave Grohl) powinien przypaść do gustu zarówno fanom Nirvany, FF jak i wspomnianego TCV.
Następnie zostaje nam zaserwowane "Dear Rosemary". To zaiste przepełniona smutkiem i bólem kompozycja. "False starts young hearts get shattered. Pick up the pieces coming down around you. You ran away, you ran away; it was right on cue" - fragment, który na długo zapada w pamięć. Serce się kraje i dusza płacze. Mimo to mamy możliwość obcować z czymś niezwykle hałaśliwym. Delikatne brzdękanie szybko zostaje złamane energicznym przejściem na perkusji Taylora Hawkinsa. Fenomenalny riff na gitarze i fragment "You got away, got away..." zaśpiewany delikatnie pod refren "Burning For You" zespołu Blue Oyster Cult. Kapitalnie! Czuć rocka lat 80-tych. Całość robi niesamowite wrażenie. Głos Dave'a zachowuje się niczym wulkan podczas erupcji. Opętańczy, a zarazem niezwykle ekspresyjny wprowadza nas w świat muzycznej ekstazy. Jest ogień!
Patrzę ukradkiem na playlistę. Pod "czwóreczką" kryje się "White Limo". Skończyła się zabawa w kotka i myszkę. Zespół pokazuje lwi pazur. Utwór bez wątpienia ociera się o heavy metalową estetykę. Jest bezkompromisowo i okrutnie. Fightersi zachowują się jak seryjni mordercy! Bez dwóch zdań jest to killer tej płyty. Do niego też postanowiono nakręcić teledysk. I to nie byle jaki, bowiem w rolę kierowcy limuzyny FF wcielił się Lemmy Kilmister. Ten jednak nie uraczy naszych uszu swoim przepitym wokalem. Przejażdżka, jaką funduje nam Lemmy nie jest tak elektryzująca, jak legendarny wypad na czarnym dwuśladzie w "Killed By Death" (przyp. Motorhead). Jest dobrze, ale bez fajerwerków. Mniejsza o klip, wróćmy do muzyki. Kolejny utwór zdecydowanie różni się od poprzedniego. "Arlandria" zaskakuje swoją melodyjnością i skocznością. Tylko spokojnie. Panowie nie zaczynają grać weselnych szlagierów. Track no.5 to idealnie wyważona strawa. Połączyć tak drapieżny gitarowy riffy z refrenem delikatnie lawirującym na pograniczu popu - majstersztyk!
Pomyślałem - rzeczywiście nagrali arcydzieło. Ale, jak mawia stare ludowe przysłowie, "nie chwal dnia przed zachodem słońca". Też tak uczyniłem. Czekam na kolejną porcję muzycznego eliksiru. Ten jednak przestaje działać. Na mojej twarzy pojawia się zniesmaczenie. Właściwie w tym momencie mógłbym zakończyć pisanie recenzji. Ale jak to? Gdzie pozostałych sześć utworów? W zasadzie mogłoby ich nie być. Pomijając wzruszający "I Should Have Known It" (z udziałem Krista Novoselica), żaden z nich nie zasługuje na głębszą analizę. Mamy tu do czynienie z nudnawą zbieraniną dźwięków. Brakuje geniuszu z początku płyty. W rezultacie słuchacz dostaje jakieś 25 minut muzycznej wyżerki. Pozostały czas wypełniony zostaje bezsensownym waleniem w gary i niezdarnym uderzaniem w struny. Oklepane, balladowe wstawki w "Theese Days" czy "Walk" psują widowisko.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz