Za oryginalne science fiction uważa się często takie, które elementem science czyni dziedzinę dotąd przez pisarzy nieeksplorowaną. Najdłuższa pozycja w dorobku Jacka Dukaja bez wątpienia łapie się do tej kategorii. Lód pozwala spojrzeć na siebie nie tylko jako na fantastykę naukową, w której naukową cząstką jest historiozofia, ale i jako na science fiction pisane z perspektywy końca XIX wieku.
Rzecz zaczyna się w roku 1924, ale w realiach, w których pierwszej wojny światowej nie było, więc wciąż przypominają te z poprzedniego stulecia. Wielki konflikt nie wybuchł, bo historia „zamarzła”: skutki upadku meteorytu tunguskiego były poważniejsze i ciekawsze niż w naszej rzeczywistości. Katastrofa sprawiła bowiem, że sporą część Ziemi opanował tytułowy Lód i tajemnicze istoty lub byty zwane lutymi, przez co dzieje niejako zatrzymały się w miejscu. W takim uniwersum, we wciąż trwającym rosyjskim zaborze, żyje Benedykt Gierosławski – młody matematyk, przyjaciel i współpracownik Alfreda Tajtelbauma (pierwsze nazwisko Tarskiego), a przy tym klepiący biedę lekkoduch. Żyje, choć już w pierwszym zdaniu książki wyraża podejrzenie, że nie istnieje, co ma dla treści kluczowe znaczenie. Tak czy inaczej, zmuszony jest wybrać się w okolice katastrofy, a po drodze spotyka Teslę, Rasputina i Piłsudskiego, snuje filozoficzno-logiczne rozważania o prawdzie, kłamstwie i pozorach, wpływa na losy świata, a niekiedy ledwo unika śmierci.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz