Oto książka dla czytelników przygotowanych na bardziej złożony tekst, bardziej wyrafinowany język i niełatwą problematykę, skierowana jest powieść Legenda. Rebeliant, pierwszy tom cyklu amerykańskiej pisarki Marie Lu. To bardzo wyrazista, plastyczna dystopijna wizja przyszłości z tak modnego ostatnio gatunku fantastyki (inne przykłady tego typu prozy to Igrzyska śmierci Suzanne Collins, Gone Michaela Granta czy Więzień Labiryntu Jamesa Dashnera). Mamy zatem świat w totalnej rozsypce, wojny, totalitaryzmy, brud, smród, nędzę i ubóstwo. Walkę o byt i upadek więzi społecznych, kastowość i rządy siły. Świat jest niszczony kataklizmami i konfliktami zbrojnymi, epidemiami i powszechną degradacją środowiska. Od wewnątrz ludzie niszczeni są nienawiścią, ideologią totalitarną, podziałem na kasty, pogardą dla słabych, chorych, obdarzonych „złymi genami”. W tym świecie ludzie biedni i słabi są przeznaczeni do „wykorzystania” przez elity. Ważniejsze jednak niż opis owej ponurej przyszłości wydaje się w Rebeliancie śledzenie losów głównych bohaterów, June i Daya, poznawanie ich świata wewnętrznego, przemyśleń i stopniowej przemiany. Obserwowanie ich dojrzewania, odczuwanie ich emocji, wnikanie w motywacje. Na to właśnie położyła szczególny nacisk Marie Lu. Autorka świetnie poradziła sobie z ukazaniem złożonych osobowości młodych, wchodzących szybko w dorosłość ludzi. Książka napisana jest na tyle dobrze, że i osoba dorosła może ją czytać z przyjemnością. Ta dojrzała proza porusza poważne problemy, wzrusza, zachęca do przemyśleń. To wizja spójna, przemyślana, umożliwiająca czytelnikowi identyfikowanie się z niebanalnymi bohaterami.
piątek, 19 kwietnia 2013
czwartek, 18 kwietnia 2013
Ride the lightning!
Kiedyś Metallica na koncertach często oznajmiała, że skopią ludziom dupę. Potrafią też to robić z odtwarzacza CD. Ta płyta tak potrafi napakować kopniaków w dupsko, że puchnie aż miło.
Na początku album robi to bardzo szybko. Zero jakiejkolwiek litości, a to za sprawą Fight Fire With Fire. Oczywiście nie jest to jeden taki kawałek na płycie. Trapped Under Ice, czy Ride The Lightning sprawią, że przez tydzień nie będziemy w stanie usiąść. Wszystkie kawałki prezentują się bardzo okazale: szalone riffy, odjechane solówki, wściekłe bębny. No prawie wszystkie... Zdarzył się chłopakom jeden taki burak, jakim jest Escape ? refren wspaniały, ale utwór w ogóle nie trzyma się kupy. Słuchając zwrotek albo zakończenia mam wrażenie, że oglądam jakąś denną polską telenowelę. A najlepsza kompozycja na płycie? Bez wątpienia Creeping Death. Zabójczy riff! Później ciekawa zmiana tempa i... znowu ten riff. Mój tyłek ledwo to wytrzymuje!
Jest i ballada! Pierwsza ballada, jaką Metallica nagrała - Fade To Black. Utwór opowiadający o utracie sensu życia, samobójstwie. Przejmujący, dołujący, piękny.
Należałoby wspomnieć jeszcze o dwóch kawałkach, które wprowadzają w (zwłaszcza w nocy) niesamowity klimat. For Whom The Bell Tolls ? te dzwony? czysta poezja! No I instrumental The Call Of Ktulu. Spokojny początek, wariacki środek I epicki koniec, a do tego te tłumione wrzaski ? można się przestraszyć.
Iron Maiden - Powerslave
To nie mógł być zły album. Ten sam "klasyczny" skład, ten sam producent, to samo studio... Dodatkowo panowie podkręcili trochę tempo i jeszcze bardziej zmetalizowali brzmienie. Pod tym względem "Powerslave" może spokojnie konkurować o miano najostrzejszego albumu grupy. Mamy jednak do czynienia z dziełem dosyć nierównym, gdzie kawałki wybitne współistnieją z co najwyżej średnimi czy wręcz słabymi.
Zacznijmy jednak od swoistego Fab Four tej płyty. Powala już genialny, szybkostrzelny otwieracz - "Aces High" autorstwa Harrisa. Kawałek traktuje o lotnikach RAF-u biorących udział w bitwie o Anglię i muzyka doskonale współgra tu z tekstem. Niemal widzi się walczące w powietrzu myśliwce, Bruce jak zwykle śpiewa na nieosiągalnym dla zwykłych śmiertelników poziomie, a gitarzyści nie odpuszczają ani na moment. "2 Minutes To Midnight" Smitha i Dickinsona to Maiden w bardziej przebojowym wydaniu. Kompozycja z klasycznym dziś już riffem i zmuszającym niemal do wspólnego śpiewu refrenem, choć tekst też delikatnie mówiąc niewesoły - groźba zagłady nuklearnej... Wokalista skomponował samodzielnie utwór tytułowy, z kroczącym riffem, pełną dramatyzmu partią wokalną, niezwykle atmosferyczną częścią środkową nawiązującą niejako do poprzedniego dzieła Dickinsona - "Revelations" z "Piece of Mind" i mrocznym tekstem, który miał się okazać dla grupy wręcz proroczy...
Creme de la creme "Powerslave" to jednak "Rime Of The Ancient Mariner", kompozycja basisty, niemal zgodnie uważana za jego najwybitniejsze, epickie dzieło. Kawałek oparty jest na kanwie poematu angielskiego poety doby romantyzmu Samuela Taylora Colleridge'a pod tym samym tytułem. Tekst stanowi streszczenie owego dzieła, ale pojawiają się też cytaty. Muzycznie jest oczywiście bezbłędnie i genialnie, mimo że całość trwa ponad 13 minut, co jest do dziś nie pobitym rekordem długości u Maiden! Mamy tu taki Maiden w pigułce, wszystkie charakterystyczne elementy ich stylu zamknięte w ramach tej jednej kompozycji, a więc galopujący riff, unisona, przyspieszenia i gitarowe pojedynki. Wszystko to na absolutnie genialnym poziomie, a to zwolnienie z majestatycznym basowym riffem i melodeklamacją Dickinsona - także bezdyskusyjny majstersztyk!
wtorek, 16 kwietnia 2013
Dream theater
"Atom Heart Mother", "Echoes", "Gates of Delirium", "Close To The Edge", "Firth of Fifth", "2112", "Lady Fantasy"... Można by długo wymieniać dobre kawałki z płyty Change of Seasons zespoły Dream Theater. Szeroko pojęty rock progresywny od zawsze ciążył w stronę długich, rozbudowanych, wielowątkowych utworów, czego efektem były m.in. wymienione przed chwilą monumentalne kompozycje - dziś już absolutna klasyka gatunku. Po upływie niemal dwóch dekad od złotej ery prog-rocka trzeba nie lada odwagi, aby zaproponować słuchaczom 23-minutową suitę, gdyż trudno uniknąć porównań z gigantami. Ale panowie z Dream Theater nieraz już udowodnili, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych...
Ta płyta to zwycięska konfrontacja muzyków DT z legendą, i to niejedną. To pokazanie, że są w stanie dorównać swoim mistrzom i inspiracjom, a zarazem piękny hołd złożony tymże. Warto też dodać, że od "ACOS" zaczęła się kilkuletnia przygoda z zespołem wybitnego klawiszowca Dereka Sheriniana, który większe uznanie zdobył jednak dzięki solowym projektom, które polecam wszystkim miłośnikom grania "ostrego, ale nieco inaczej". W zasadzie najlepiej podsumowuje ten album sam LaBrie, śpiewając pod koniec "Big Medley" fragment hitu Genesis - "Turn it on, turn it on again!". Mnie nie trzeba dwa razy powtarzać - puszczam od początku.
Ta płyta to zwycięska konfrontacja muzyków DT z legendą, i to niejedną. To pokazanie, że są w stanie dorównać swoim mistrzom i inspiracjom, a zarazem piękny hołd złożony tymże. Warto też dodać, że od "ACOS" zaczęła się kilkuletnia przygoda z zespołem wybitnego klawiszowca Dereka Sheriniana, który większe uznanie zdobył jednak dzięki solowym projektom, które polecam wszystkim miłośnikom grania "ostrego, ale nieco inaczej". W zasadzie najlepiej podsumowuje ten album sam LaBrie, śpiewając pod koniec "Big Medley" fragment hitu Genesis - "Turn it on, turn it on again!". Mnie nie trzeba dwa razy powtarzać - puszczam od początku.
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
SLASH!!!
Paul Hudson, 44-letni brytyjski gitarzysta o artystycznym pseudonimie Slash, który w swojej długiej karierze muzycznej brał udział w wielu projektach, w 2010 miał okazję zaprezentować swój pierwszy solowy album. Krążek zatytułowany po prostu "Slash" to istna mieszanka wybuchowa gatunków muzycznych. Do nagrania materiału znajdującego się na płycie Slash zaprosił wiele znakomitości sceny rockowej, takich jak Ozzy Osbourne, czy Dave Grohl, a także artystów poruszających się w całkowicie odmiennych kręgach muzycznych, m.in. Fergie (Black Eyed Peas) oraz raperów z Cypress Hill.
Już od pierwszych taktów utworu "Ghost", który rozpoczyna album słychać wyraźnie styl i kunszt Slasha. Potężne, przesterowane gitarowe brzmienie znane jeszcze z końcówki lat 80-tych, kiedy to Slash był gitarzystą prowadzącym w Guns N' Roses, idealnie wprowadza nas w klimat płyty. Kolejne kompozycje, takie jak "By The Sword", nawiązujące do stylu Led Zeppelin z lat 70-tych, czy też klasyczne "Crucify The Dead" wykonane z Ozzy'm Osbourne'm udowadniają, że Slash zdecydowanie nie "zawiesił gitary na kołku", że nadal pozostaje w czołówce najlepszych współczesnych gitarzystów. Wrażenie robi z pewnością utwór "Sahara" nagrany z japońskim wokalistą, Koshi Inaba. Bas z gitarą prowadzącą tworzą w owym kawałku idealną całość, budując tym samym głębokie, ciepłe i nieco eksperymentalne brzmienie. Slash doskonale posługuje się gatunkami i stylistykami, widać jego wieloletnie doświadczenie, czego najlepszym przykładem jest cover utworu dawnego Guns N' Roses "Paradise City", który Slash wraz z Fergie oraz zespołem Cypress Hill wykonali w zupełnie odmiennej aranżacji. W nagranie to, nadal osadzone w rockowych klimatach, zostały bowiem idealnie wplecione elementy amerykańskiego rapu prezentowanego przez muzyków z Cypress Hill, a także popowa wokaliza Fergie. Innym ważnym utworem na płycie jest instrumentalny "Watch this", w którym Slash, Dave Grohl oraz Duff McKagan prezentują swoje wirtuozerskie popisy. Dobitne i głębokie brzmienie perkusji oraz bogate w ostry shred partie gitary solowej nadają utworowi zaiste psychodelicznego charakteru. Kompozycja ta może śmiało pełnić rolę wizytówki promującej całość albumu. Najsłabiej, o ile w ogóle można tak stwierdzić, wypada duet z Adamem Levinem (Maroon 5) przy wykonaniu utworu "Gotten". Prawdę mówiąc nie do końca pasuje do reszty materiału znajdującego się na krążku. Owa ballada, lekka i nieco melancholijna nie tworzy z resztą utworów spójnej całości.
"Slash" to zdecydowanie jedna z najciekawszych pozycji muzycznych. Krążkiem tym brytyjski gitarzysta pokazuje, że muzyką można się zarówno bawić, jaki pchnąć ją na nowe tory, by móc nieustannie eksploatować z niej coś nowego i zaskakującego. Łatwo odnaleźć w kompozycjach Slasha i towarzyszących mu artystów radość i spontaniczność, które towarzyszyły muzykom przy nagrywaniu materiału. Żyjąca legenda muzyki rockowej albumem tym dokłada cegiełkę do fundamentów swojej długoletniej, rockowej kariery.
sobota, 13 kwietnia 2013
Foo fighters i Wasting Light. Czyli upadek Ikara...
Otwierający album "Bridge Burning" to jazda bez trzymanki. Śmierdzi punk rockiem i tanim winem. Jak każde, w kartonie czy w butelce, kończy się szybko. Zanim nasza wątroba strawi pierwszy trunek, zespół bombarduje nas singlowym "Rope". Ospały początek nie zwiastuje wielkiego przeboju. Aczkolwiek, każdy spożyty alkohol zaczyna działać po pewnym czasie... tak jest i w tym przypadku. Z każdą sekundą utwór nabiera rozmachu. Rozpędza się niczym stara parowa lokomotywa. Żywiołowo wykrzyczany refren i klimat rodem z Them Crooked Vultures (przyp. hardrockowa supergrupa, w skład której wchodzi Dave Grohl) powinien przypaść do gustu zarówno fanom Nirvany, FF jak i wspomnianego TCV.
Następnie zostaje nam zaserwowane "Dear Rosemary". To zaiste przepełniona smutkiem i bólem kompozycja. "False starts young hearts get shattered. Pick up the pieces coming down around you. You ran away, you ran away; it was right on cue" - fragment, który na długo zapada w pamięć. Serce się kraje i dusza płacze. Mimo to mamy możliwość obcować z czymś niezwykle hałaśliwym. Delikatne brzdękanie szybko zostaje złamane energicznym przejściem na perkusji Taylora Hawkinsa. Fenomenalny riff na gitarze i fragment "You got away, got away..." zaśpiewany delikatnie pod refren "Burning For You" zespołu Blue Oyster Cult. Kapitalnie! Czuć rocka lat 80-tych. Całość robi niesamowite wrażenie. Głos Dave'a zachowuje się niczym wulkan podczas erupcji. Opętańczy, a zarazem niezwykle ekspresyjny wprowadza nas w świat muzycznej ekstazy. Jest ogień!
Patrzę ukradkiem na playlistę. Pod "czwóreczką" kryje się "White Limo". Skończyła się zabawa w kotka i myszkę. Zespół pokazuje lwi pazur. Utwór bez wątpienia ociera się o heavy metalową estetykę. Jest bezkompromisowo i okrutnie. Fightersi zachowują się jak seryjni mordercy! Bez dwóch zdań jest to killer tej płyty. Do niego też postanowiono nakręcić teledysk. I to nie byle jaki, bowiem w rolę kierowcy limuzyny FF wcielił się Lemmy Kilmister. Ten jednak nie uraczy naszych uszu swoim przepitym wokalem. Przejażdżka, jaką funduje nam Lemmy nie jest tak elektryzująca, jak legendarny wypad na czarnym dwuśladzie w "Killed By Death" (przyp. Motorhead). Jest dobrze, ale bez fajerwerków. Mniejsza o klip, wróćmy do muzyki. Kolejny utwór zdecydowanie różni się od poprzedniego. "Arlandria" zaskakuje swoją melodyjnością i skocznością. Tylko spokojnie. Panowie nie zaczynają grać weselnych szlagierów. Track no.5 to idealnie wyważona strawa. Połączyć tak drapieżny gitarowy riffy z refrenem delikatnie lawirującym na pograniczu popu - majstersztyk!
Pomyślałem - rzeczywiście nagrali arcydzieło. Ale, jak mawia stare ludowe przysłowie, "nie chwal dnia przed zachodem słońca". Też tak uczyniłem. Czekam na kolejną porcję muzycznego eliksiru. Ten jednak przestaje działać. Na mojej twarzy pojawia się zniesmaczenie. Właściwie w tym momencie mógłbym zakończyć pisanie recenzji. Ale jak to? Gdzie pozostałych sześć utworów? W zasadzie mogłoby ich nie być. Pomijając wzruszający "I Should Have Known It" (z udziałem Krista Novoselica), żaden z nich nie zasługuje na głębszą analizę. Mamy tu do czynienie z nudnawą zbieraniną dźwięków. Brakuje geniuszu z początku płyty. W rezultacie słuchacz dostaje jakieś 25 minut muzycznej wyżerki. Pozostały czas wypełniony zostaje bezsensownym waleniem w gary i niezdarnym uderzaniem w struny. Oklepane, balladowe wstawki w "Theese Days" czy "Walk" psują widowisko.
czwartek, 11 kwietnia 2013
Ozzy - Blizzard of Ozz
Rozstanie Ozzy'ego Osbourne'a z Black Sabbath wyszło korzystnie dla obu stron. Zarówno albumy Sabbath nagrane z Ronniem Jamesem Dio, jak i pierwsze solowe dokonania ich byłego wokalisty przyniosły znacznie bardziej udany materiał niż ten, który znalazł się na ostatnich wspólnych albumach - "Technical Ecstasy" i "Never Say Die!". Osbourne'owi udało się zebrać świetny skład doświadczonych muzyków: basista Bob Daisley i klawiszowiec Don Airey grali wcześniej w Rainbow a perkusista Lee Kerslake w Uriah Heep. Najmniej doświadczony wydawał się Randy Rhoads, wcześniej występujący w mało znanej grupie Quiet Riot. Okazał się jednak fenomenalnym gitarzystą - to właśnie on najbardziej błyszczy na "Blizzard of Ozz".
Album otwiera przebojowy heavy metal w postaci "I Don't Know" z łagodnym przejściem w drugiej połowie. Riff z "Crazy Train" jest bardzo charakterystyczny, ale wydaje się być pozbawiony właściwego dla niego ciężaru i mroku. Zresztą Rhoads nigdy nie był fanem Black Sabbath. Największe zaskoczenie przynosi "Goodbye To Romance" - spokojna ballada w beatlesowskim duchu. Następujący po nim "Dee" to akustyczna miniaturka potwierdzająca talent Randy'ego. Kontrastem dla niej jest ostry "Suicide Solution", z budzącym kontrowersje tekstem, będącym przez niektórych odczytywany jako zachęta do samobójstwa.
Drugą stronę otwiera mroczny klawiszowy wstęp, zaproszenie do opus magnum albumu - utworu "Mr Crowley", wyróżniającego się najlepszą na albumie linią wokalną Osbourne'a i genialnymi solówkami Rhoadsa. Banalny "No Bones Movies" to z kolei najsłabszy punkt. Nie do końca zachwyca też ballada "Revelation (Mother Earth)" i szybki "Steal Away (the Night)". Lepiej wypada dołączany w reedycjach, chwytliwy "You Lookin' at Me Lookin' at You" - oryginalnie strona B singla "Crazy Train".
Skoro mowa o reedycjach - w 2002 roku zostało wydane kontrowersyjne wznowienie "Blizzard of Ozz", na którym wszystkie partie Daisleya i Kerslake'a zostały zastąpione nagranymi przez ówczesną sekcję rytmiczną Ozzy'ego - Roberta Trujillo i Mike'a Bordina. Na szczęście na reedycji z 2011 roku przywrócono oryginalne ścieżki, dorzucono też dwa dodatkowe, wcześniej nieznane utwory - alternatywną wersję "Goodbye to Romance" oraz "RR", czyli kolejną miniaturkę Rhoadsa.
Od dawna "Blizzard of Ozz" uznawany jest za klasykę ciężkiego rocka. Jest to także najmocniejsza pozycja w dyskografii samozwańczego Księcia Ciemności, który do dzisiaj na koncertach sięga najchętniej do utworów z tego właśnie krążka ("I Don't Know", "Crazy Train", "Suicide Solution", "Mr Crowley" i "Goodbye to Romance"). Równie liczną reprezentacje ma tylko "Paranoid", czyli dzieło z czasów Black Sabbath.
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Menetetty aika
Dla Iron Maiden trasa promująca album "Powerslave" była gigantycznym sukcesem, uwieńczonym wydaniem jednej z najlepszych koncertowych płyt wszechczasów "Live After Death". Niestety okazała się również niezwykle wyczerpująca dla członków grupy, a zwłaszcza dla Bruce'a Dickinsona. Po ponownym zebraniu się w celu nagrania kolejnego premierowego materiału stało się jasne, że nie wszystko wygląda różowo...
Dickinson nie został bowiem uwzględniony jako współautor żadnej z kompozycji na "Somewhere In Time". Przyczyną były różnice muzyczne między wokalistą a resztą grupy,co zresztą stało się zarzewiem konfliktu, który miał w przyszłości doprowadzić do radykalnych zmian w składzie...
Adrian Smith i Steve Harris z niewielką pomocą Dave'a Murraya zdecydowali się poeksperymentować trochę z syntezatorami gitarowymi zachowując jednocześnie stylistykę Iron Maiden. Zmiana ta okazała się jednak dość zaskakująca, ponieważ o ile rzeczywiście styl grupy nie uległ zmianie, to jednak dośc radykalnie zmieniło się brzmienie. Syntezatory, nie pozbawiając muzyki Iron Maiden ostrości, nadały jej jednak niespotykaną dotąd przestrzeń i rozmach. Po raz kolejny jednak nie udało się jednak skompletować w pełni udanego zbioru piosenek.
Wyróżnia się na pewno otwieracz. W tym wypadku jest to "Caught Somewhere In Time" skomponowany przez Harrisa. Wita nas brzęczeniem syntezatora gitarowego, ale gdy rusza główny riff, nie mamy wątpliwości - Maiden w pełnej krasie. Bruce wydaje się być tu w znakomitej formie wokalnej, a o współpracy wioślarzy także można mówić w samych superlatywach. Kapitalne solówki - to kolejny wyróżnik płyty. Każda niezwykle melodyjna i zapamiętywalna, każda zapada w pamięć, każdą można zanucić. Jak chociażby we wspomnianym już "Caught...", gdzie wioślarze staczają ze sobą długi i pasjonujący pojedynek gitarowy, być może najlepszy w całej karierze grupy!
Dickinson nie został bowiem uwzględniony jako współautor żadnej z kompozycji na "Somewhere In Time". Przyczyną były różnice muzyczne między wokalistą a resztą grupy,co zresztą stało się zarzewiem konfliktu, który miał w przyszłości doprowadzić do radykalnych zmian w składzie...
Adrian Smith i Steve Harris z niewielką pomocą Dave'a Murraya zdecydowali się poeksperymentować trochę z syntezatorami gitarowymi zachowując jednocześnie stylistykę Iron Maiden. Zmiana ta okazała się jednak dość zaskakująca, ponieważ o ile rzeczywiście styl grupy nie uległ zmianie, to jednak dośc radykalnie zmieniło się brzmienie. Syntezatory, nie pozbawiając muzyki Iron Maiden ostrości, nadały jej jednak niespotykaną dotąd przestrzeń i rozmach. Po raz kolejny jednak nie udało się jednak skompletować w pełni udanego zbioru piosenek.
Wyróżnia się na pewno otwieracz. W tym wypadku jest to "Caught Somewhere In Time" skomponowany przez Harrisa. Wita nas brzęczeniem syntezatora gitarowego, ale gdy rusza główny riff, nie mamy wątpliwości - Maiden w pełnej krasie. Bruce wydaje się być tu w znakomitej formie wokalnej, a o współpracy wioślarzy także można mówić w samych superlatywach. Kapitalne solówki - to kolejny wyróżnik płyty. Każda niezwykle melodyjna i zapamiętywalna, każda zapada w pamięć, każdą można zanucić. Jak chociażby we wspomnianym już "Caught...", gdzie wioślarze staczają ze sobą długi i pasjonujący pojedynek gitarowy, być może najlepszy w całej karierze grupy!
piątek, 5 kwietnia 2013
Jumalan ääni
Niezależnie od opinii na temat pisarstwa Jacka Soboty, jedno trzeba mu przyznać, jest to proza naprawdę oryginalna. „Głos Boga”, w sporej części złożony ze znanych wcześniej opowiadań, może czytelnika zmęczyć – zarówno stylem skrajnie zwięzłym, spiętrzeniem śmierci i okaleczeń, jak i nietypową konstrukcją – tradycyjnie pojmowana liniowość praktycznie tu nie występuje. Ważne fakty podawane są tak, że trzeba je sobie poskładać samodzielnie, a i tego nie sposób nazwać zadaniem najłatwiejszym. Jest kilka opowiadań, a w nich – kolejne opowiadania, wszystko razem spajające się w spójną całość dopiero bliżej końca. Owa całość zaś to brutalna, choć napisana z dystansem i ironią, wizja nie bez przyczyny kojarząca się z Nowym Testamentem. Ważnym motywem książki są tortury, a także służąca ich zadawaniu wyrafinowana maszyneria – i wydaje się, że właśnie katowskimi przyrządami potraktował Sobota Ewangelię i cały swój, nie zawsze do niej nawiązujący, świat. Szkoda tylko, że istną torturą dla oczu jest okładka – pozycja tak, mimo wad, wyjątkowa.
Jää alkaen Dukaj
Za oryginalne science fiction uważa się często takie, które elementem science czyni dziedzinę dotąd przez pisarzy nieeksplorowaną. Najdłuższa pozycja w dorobku Jacka Dukaja bez wątpienia łapie się do tej kategorii. Lód pozwala spojrzeć na siebie nie tylko jako na fantastykę naukową, w której naukową cząstką jest historiozofia, ale i jako na science fiction pisane z perspektywy końca XIX wieku.
Rzecz zaczyna się w roku 1924, ale w realiach, w których pierwszej wojny światowej nie było, więc wciąż przypominają te z poprzedniego stulecia. Wielki konflikt nie wybuchł, bo historia „zamarzła”: skutki upadku meteorytu tunguskiego były poważniejsze i ciekawsze niż w naszej rzeczywistości. Katastrofa sprawiła bowiem, że sporą część Ziemi opanował tytułowy Lód i tajemnicze istoty lub byty zwane lutymi, przez co dzieje niejako zatrzymały się w miejscu. W takim uniwersum, we wciąż trwającym rosyjskim zaborze, żyje Benedykt Gierosławski – młody matematyk, przyjaciel i współpracownik Alfreda Tajtelbauma (pierwsze nazwisko Tarskiego), a przy tym klepiący biedę lekkoduch. Żyje, choć już w pierwszym zdaniu książki wyraża podejrzenie, że nie istnieje, co ma dla treści kluczowe znaczenie. Tak czy inaczej, zmuszony jest wybrać się w okolice katastrofy, a po drodze spotyka Teslę, Rasputina i Piłsudskiego, snuje filozoficzno-logiczne rozważania o prawdzie, kłamstwie i pozorach, wpływa na losy świata, a niekiedy ledwo unika śmierci.
Rzecz zaczyna się w roku 1924, ale w realiach, w których pierwszej wojny światowej nie było, więc wciąż przypominają te z poprzedniego stulecia. Wielki konflikt nie wybuchł, bo historia „zamarzła”: skutki upadku meteorytu tunguskiego były poważniejsze i ciekawsze niż w naszej rzeczywistości. Katastrofa sprawiła bowiem, że sporą część Ziemi opanował tytułowy Lód i tajemnicze istoty lub byty zwane lutymi, przez co dzieje niejako zatrzymały się w miejscu. W takim uniwersum, we wciąż trwającym rosyjskim zaborze, żyje Benedykt Gierosławski – młody matematyk, przyjaciel i współpracownik Alfreda Tajtelbauma (pierwsze nazwisko Tarskiego), a przy tym klepiący biedę lekkoduch. Żyje, choć już w pierwszym zdaniu książki wyraża podejrzenie, że nie istnieje, co ma dla treści kluczowe znaczenie. Tak czy inaczej, zmuszony jest wybrać się w okolice katastrofy, a po drodze spotyka Teslę, Rasputina i Piłsudskiego, snuje filozoficzno-logiczne rozważania o prawdzie, kłamstwie i pozorach, wpływa na losy świata, a niekiedy ledwo unika śmierci.
czwartek, 4 kwietnia 2013
Taistelu valtaistuimelle.
Wszyscy znają chyba serial Gra o tron (na marginesie właśnie rusza 3. sezon), jednak mało kto sięgnął po książkę na podstawie której powstał scenariusz tej mega-produkcji. Cykl Pieśń Lodu i Ognia opisuje losy królestwa Westeros, w którym po śmierci króla wybuch wojna o władzę. W grze o tron uczestniczy siedmiu królów z różnych rodów (Robb Stark, Król zza Muru - Meance Ryder, Stannis Bratheon, Renly Bratheon, wspierany przez Lanisteró Joffrey Bratheon, Balon Greyjoy oraz Daenerys Targaryen - dokładne opisy bohaterów znajdziecie tutaj - http://chomikuj.pl/Grizzly-57/LITERATURA/Epika/Piesn+lodu+i+ognia+-+George+R+R+Martin/Glowni+bohaterowie) George R. R. Martin stworzył wspaniały świat pełen bitew, knowań, intryg pojedynków oraz małych i wielkich romansów. Podobnie jak Tolkien nie ograniczył się jedynie do wykreowania samych postaci, ale opisał całą historię Westeros i zamieszkujących je rodów. Naprawdę polecam całą serię, a ci, którzy nie przepadają za czytaniem na pewno zadowolą się serialem.
Mapa Westeros
Vittu järjestelmä !!!
System of a Down. Na temat tego zespołu można debatować godzinami, jednak ja postaram się streścić to co najważniejsze. System powstał w dużej mierze przez przypadek. Serj Tankian grał na keyboardzie w zespole, który dzielił salę prób z zespołem, w którym grał Daron Malakian. Obydwaj chodzili do szkoły Rose and Alex Pilibos, ale znali się tylko ze słyszenia, jednak szybko zauważyli, że mają wiele wspólnego i postanowili założyć własną grupę. System of a Down wydał do tej pory 6 albumów: System of a Down, Toxicity, Steal This Album, The B-sides, Mezmereize i Hipnotize. Podczas nagrywania Toxicity odrzucone i niezremiksowane kawałki wyciekły do sieci pod nazwą Toxicity II, zespół w odpowiedzi nagrał je ponownie wydając Steal This Album. Jednak, gdy sytuacja się powtórzyła i w internecie pojawiły się niewykorzystane utwory ze Steal This Album, grupa postanowiła utworzyć z nich krążek pod tytułem The B-sides.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)










